KNP 34: O śpiewaniu, oddechu i miłości do siebie – rozmowa z Olgą Szwajgier

KNP 34: O śpiewaniu, oddechu i miłości do siebie – rozmowa z Olgą Szwajgier

with Brak komentarzy

Zapraszam do posłuchania szczególnej rozmowy ze światowej sławy śpiewaczką i cudowną osobą – Olgą Szwajgier. Olga rozszerzyła swoją skalę głosu z 4 do 6 oktaw (ćwiczeniami własnego pomysłu!) i śpiewa dźwięki na granicy słyszalności. Występuje na festiwalach muzyki współczesnej na całym świecie. Koncertuje, pisze teksty, komponuje i reżyseruje swoje koncerty. Prowadzi także warsztaty dla profesjonalnych muzyków oraz dla amatorów zwane „Laboratorium głosu”. Właśnie po takim warsztacie zaprosiłam Olgę do podkastu i jestem bardzo szczęśliwa, że zgodziła się na rozmowę :)

Choć nie usłyszycie w podkaście historii o drodze Olgi jako muzyka i pedagoga, a raczej jest to opowieść o oddechu, śpiewaniu, radości, życiu w zachwycie i o tym, że miłość do siebie jest kluczowa.

Słuchając podkastu dowiesz się m.in:
  • że śpiew jest czymś tak naturalnym jak oddech,
  • jakie są skutki „uprawiania” osądu, oceniania, krytyki poprzez system wychowania i edukacji,
  • co to znaczy kochać siebie,
  • o prostym sposobie (praktyce) na pozbycie się negatywnych myśli i zastąpienie ich pozytywnymi,
  • czym jest zachwyt sobą, a czym nie jest,
  • o tym, że wszystko co posiejemy wraca do nas,
  • jak zgubna jest zawiść,
  • jak ważne jest nie dopuszczanie do siebie żadnych negatywnych myśli i uczuć,
  • o tym że błąd jest arcymistrzem w rozwoju i lepiej podziękować sobie za błąd zamiast się osądzać – bo dzięki błędom się rozwijamy,
  • o wytrwałości i oddaniu, które prowadzą do mistrzostwa.

Posłuchaj rozmowy z Olgą Szwajgier:

Listen to „KNP 34: O śpiewaniu, oddechu i miłości do siebie – rozmowa z Olgą Szwajgier” on Spreaker.

Oto link do pobrania odcinka w formacie mp3 (36,5 MB; 1 godz 19 min)

Olga Szwajgier online:

Transkrypt rozmowy z Olgą Szwajgier

Anna Bednarczuk (A): Witam Cię Olgo serdecznie w podkaście „Kurs na pasję” i cieszę się ogromnie, że przyjęłaś zaproszenie.

Olga Szwajgier (O): Witaj, ach witaj, ach witaj…

A: Chciałam zacząć od pytania od kiedy w Twoim życiu jest śpiewanie?

O: Od kiedy jest oddech. Od zawsze. Od zawsze śpiewałam, bo od zawsze oddychałam. No i to jest wszystko. (śmiech)

A: Czyli takie to proste?

O: Bardzo proste. Zawsze uwielbiałam śpiewanie. Słuchałam jak ptaki śpiewają, słuchałam jak sąsiedzi śpiewają… Wszyscy śpiewali. No to jak wszyscy śpiewali, no to przecież ja też będę śpiewać. I tak śpiewałam sobie razem z ptakami.

A: A gdy byłaś małą dziewczyną, to kim chciałaś być jak dorośniesz?

O: Naturalnie będę śpiewać, będę śpiewać, będę się cieszyć. No bo jak można się nie cieszyć, kiedy się śpiewa. Radość to jest śpiewanie, śpiewanie to jest radość. Proste? Proste. Ptaki śpiewają, są radosne. Widziałaś kiedyś ptaka smutnego? Bo ja – nie. I na pewno nie zobaczę. Bo radość to jest dźwięk. Potem niestety narzucono nam, że smutek można też – taki smutek w dźwięku, smutek, ból, cierpienie i takie tam historyjki. Ale prawdziwie dźwięk to jest radość, prawdziwie – dźwięk to jest zachwyt, prawdziwie dźwięk to jest to, co nas buduje, co buduje wszechświaty. Jaki dźwięk wydobywamy z siebie, jaki dźwięk wydobywają z siebie ptaki, inne zwierzątka – to taki jest świat. Zapomnieliśmy o tym, a radość w dźwięku to radosne życie. Radość… Bo po to przybyliśmy na ziemię, aby dawać radość sobie, innym, całej ziemi. Nie mamy innego zadania. Nie przybyliśmy tu po to, żeby stwarzać cierpienie, ból, przerażenie, zaszczucie… To nie po to my jesteśmy. Nie, to zostało wypaczone. Ktoś nam pomógł w tym wypaczeniu. „Oko za oko, ząb za ząb” no i te takie różne historie.

A: No właśnie, bo jest powiedziane, że będziesz pracować w pocie czoła i tak dalej… I nam się zdaje, że póki jesteśmy dziećmi, to możemy się bawić, cieszyć. A potem to już szkoła, praca; szkoła to też praca. I ta praca, która jest ciężka… I tak dalej, i tak dalej (śmiech)

O: … i tak dalej… „W pocie czoła będziesz pracować” tak podobno powiedział Bóg. No to są bzdury. „Będziesz się cieszyć, będziesz się radować, bo ja jestem Radością”. Więc my nie będziemy pracować w pocie czoła, tylko w zachwyceniu. Dlatego jest bardzo ważne, żeby dziecięta, które wchodzą w życie wybierały taki zawód, który im da radość. Radość. Radość. A nie smutek, i takie „nie lubię tej pracy, ale pójdę, no bo trzeba” – wtedy nie spełnia się on jako człowiek, który przybył tutaj, aby dawać radość.

A: Szkoła to jedno, ale ważny jest dom rodzinny. Czy Twoi rodzice rozumieli Twoją miłość do śpiewu i czy wspierali Cię w tym?

O: (śmiech) Kiedyś wszyscy ludzie śpiewusiali. Wszyscy. Każdy robił sobie jakiś instrumencik i na tym instrumenciku wygrywał. Jakieś gęśliki – cokolwiek. Prawda? Ważne jest, żeby rodzina wspomagała albo nie przeszkadzała. O, tyle wystarczy – nie przeszkadzać – dziecko wybiera, to mu się bardzo podoba – rób to.

Pamiętam jak rodzice mi mówili: cokolwiek robisz, cokolwiek chcesz zrobić – rób to dobrze. Jutro zrobisz to może lepiej, ale dzisiaj zrób najlepiej, jak potrafisz w tym momencie.

A: Piękne…

O: Tak, i to jest taki mój posag na resztę moich dni. Więc cokolwiek robiłam, robiłam to z radością, bo radość dawała efekt pozytywny, a smutek to ci zabiera energię, siłę do tej pracy. Jesteś taka zwiśnięta, zwiśnięta.

A: Albo napięta.

O: …albo napięta, tak. Natomiast kiedy  masz radość do tego co robisz, no to jest dobre, to jest dobre. Więc ponieważ wszyscy dookoła mnie śpiewali, na czymś tam grali,  na gęślikach, na czymkolwiek, na fujarkach … Ja sobie robiłam sama fujarki wierzbowe. Więc dookoła mnie wszyscy muzykowali, to czemu ja bym nie miała, skoro to takie piękne?

A: Czy myślałaś o tym jak o pasji, czy bardziej o powołaniu? Czy zastanawiałaś się nad tym? Czy słowa te coś dla Ciebie znaczą?

O:  Nie, nie… Tak jak Ci mówię – czy się zastanawiamy nad oddechem? Nie. Oddech wchodzi, oddech przychodzi, nie zastanawiamy się, to jest normalne. Dopiero potem zaczynamy rozumieć, czym jest oddech. Ale tak, jest oddech i już, jest śpiewanie – i już. Proste. A ponieważ babcia zawsze śpiewusiała i śpiewusiała, to już jako dziecko 2-3 letnie znałam bądź ile tych piosenek ludowych – niepomiernie dużo, setki. Bo babcia śpiewała razem z dziecinką i uczyła ją. Proste, w tym sensie, że sama śpiewała, no to dziecko słucha i powtarza, powtarza. Bo babcie zawsze mają trochę więcej czasu…

A: Tak, troszkę – tak (śmiech)

O: Tak, tak, tak (śmiech). Śpiew był dla mnie czymś tak naturalnym jak oddech. A ponieważ oddech przychodzi i razem – jak słyszymy: tchnienie – natchnienie. Razem z tchnieniem przychodzi natchnienie i małe dzieci przepięknie improwizują. Aby im tylko nie przeszkadzać. Więc one – te dziecięta wymyślają sobie teksty i wymyślają melodyjki. A taka, a taka… Ay tylko nie przeszkadzać i nie mówić: nie, tylko stąd – dotąd i dalej nie wolno. Dlatego my tylko mamy powiedzmy, system dur-mol, no i nie za dużo tam więcej… A przecież są mikrotony. Ja pamiętam, że moja babcia śpiewała 1/4 tonu. To było normalne. A potem to zostało jakby wyrugowane. Więc są te mikrotony, i to dziecięta śpiewają: 1/4, 1/8, 1/16 tonu – wszystko jedno jak to podzielimy…

A: Powiedz co to jest 1/8, 1/4 tonu?

O: Jak podzielisz na przykład masz „do-re”, to „c-d” to jest cały ton, a „c-cis” to jest półton. Ale pomiędzy c a cis możesz mieć jeszcze mniejszą odległość i to będzie np. 1/4 tonu, i tak dalej. I tak sobie to dzielisz. Ważne żeby fałszować.

A: Właśnie, bo ja się całe życie bałam fałszowania! (śmiech)

O: Dokładnie – tak nam powiedziano – tylko nie fałszuj! Pewnie, że dobrze jest się nauczyć wedle tam jakiejś skali śpiewać – według systemu, ale dobrze jest też poznać coś innego. Dobrze jest śpiewać wg jakiś wzorców (w systemie dur-mol, tra la la), ale również dobrze jest też śpiewać mikrotony. Dlaczego? Dlatego że wtedy struny głosowe są bardzo elastyczne. Ja przez śpiewanie tych mikrotonów mam bardzo elastyczne struny głosowe. Bo nie są one tylko na półtony nastawiona i pomiędzy jest jakby struna „zardzewiała”.  Tak to mogę określić wyraziście. A tu jest to bardzo elastyczne i możesz sobie tymi strunami władać tak jak zechcesz. Dlatego ja mogłam sobie rozszerzyć skalę głosu jako normę i może to zrobić każdy, nie tylko ja. Bo niby dlaczego tylko ja, skoro każdy może.

A: Jak to zrobiłaś? I jeszcze troszkę wracając do tyłu – szkoła nas uczy tak: c-dur, c-mol. Pamiętam jak bardzo lubiłam, jak śpiewaliśmy w szkole różne pioseneczki w kanonie, ale jak trzeba było wstać i stanąć koło pani, która akompaniowała na pianinie i śpiewać przed całą klasą to był dla mnie najgorszy strach i najgorsza trauma w całej szkole.

O: Tak, tak…

A: Bo ja jeszcze miałam takie przekonanie, że ja nie umiem śpiewać, i tak strasznie bałam się, że będę fałszować, i w ogóle, jak ten mój głos brzmi,  że to było niemalże paraliżujące. A trzeba było dobrze ten dźwięk oddać (zgodnie z zapisem nutowym).

O: Uhm… Tak. My nie jesteśmy uczeni miłości do siebie, tylko pogardy dla siebie… Małe dziecko nie jest chwalone non stop…

A: Nie można chwalić non stop, bo przecież się „rozpuści” i będzie takie rozpieszczone! (śmiech)

O: Dobrze, niech tak będzie – to będzie rozpieszczał innych. Bo co w sobie mamy, tym emanujemy. Nie emanujesz niczym, czego w tobie nie ma. Proste. Więc kiedy my dziecięta straszymy, że musi być „stąd – dotąd”, bo inaczej to…

A: … bo inaczej pała…

O: Pała, tak – co najmniej. I wstyd przed całą klasą… A cała klasa jest uczona, jak sobą gardzić, jak sobą poniewierać, a nie – jak zachwycić się swoim własnym błędem – to jest odwaga. Idziemy przez całość swojego życia drogą mędrca – przy końcu jest mędrzec. Na czym polega ta droga? Że jest z jednej strony brawura, z drugiej – tchórzostwo. I to i to jest negatywne. A pomiędzy jest odwaga. I to jest pozytywne. Kiedy nie nauczysz się, jak to z brawurą wyskoczyć przez okno… (śmiech) Żartuję. Ale jeżeli z brawurą czegoś nie zrobisz, to nie wiesz – nie wiesz, nie wiesz. Jak nie wiesz, jak to z tchórzostwem coś zrobić – to też nie wiesz.

Dziecku trzeba powiedzieć – zrób to i zobacz jak to jest. Ja nie mówię o ekstremum – że wejdzie na 10. piętro i spadnie z tego. Ale w naszych warunkach – jak dzieciątko malutkie wchodzi na schody i omsknie mu się nóżka, no to wie, że trzeba ją inaczej położyć. I to już jest  to doświadczenie pozytywne. Pozytywne, to znaczy zrobiło coś bardzo niefajnego i z tego wyciągnęło wnioski. A jak się wyciągnie dobry wniosek, to jest dobrze.

A: Tak, mam takie wrażenie, że to jest takie naturalne jeszcze póki jesteśmy małymi dziećmi. Nauka chodzenia to jest właśnie to –  tysiące błędów które prowadzą do wspaniałego finiszu. I dziecko przewróci się 10 razy i nie myśli „O Boże, jestem taka beznadziejna, przewróciłam się 10 razy, już nie będę chodzić…” (śmiech)

O: Tak, dokładnie tak! Bo ono jeszcze nie wie, co to jest osąd. Osądzanie dziecka jest najgorszym złem, najgorszym złem. To jest wyposażenie go w przerażenie, w lęk, w tchórzostwo. Że ono nie będzie za bardzo szukać tu i tu, tylko pójdzie według wyznaczonej ścieżynki malutkiej owieczki i to by było na tyle.

A: Właśnie, tylko tak przykre jest to, że ten system edukacji, który obecnie istnieje, jest właściwie oparty na osądzie, ocenach, nie ma przestrzeni na swobodne eksplorowanie i wolność. Tylko jesteśmy wkładani w szufladki „matematyka”, „polski” „biologia”, „muzyka”, i masz coś zrobić „od – do”, „tak i tak”, jak powiedział nauczyciel / nauczycielka. I to jeszcze będzie oceniane. I to wszystko mam wrażenie przez te naście lat zabija w nas taką chęć eksplorowania, tę odwagę, która wypływa z ciekawości i pozostaje nam albo brawura, albo tchórzostwo, czyli te ekstrema, o których mówiłaś, że są niezdrowe.

O: Tak jest. Wszelkiego typu edukacja u nas, wychowanie było i jest u nas – jest ku konfliktom. Konflikt w dziecku trzeba wywołać. Wywołujesz przez osąd. Ono wie, że jest wspaniałe, znakomite, rewelacyjne, dziecko wie, że jest pępkiem wszechświata, że jest cudem boskim, że jest doskonałością. Że jest miłością samą. I to nam daje, dlatego my zawsze jesteśmy zachwyceni małymi dziećmi, prawda? Zachwyt, uśmiech – patrzysz na dziecko i już się cieszysz, bo ono to przekazuje. Potem mówi się mu – no nie jesteś dość dobry, no nie! Znowu to źle! Ty głupku! i taki tam, idą te różne „ładne” słowa na to dziecko. „Nie dasz rady”, „nie potrafisz”, „nie umiesz” – i dziecko zaczyna w to wierzyć i zaczyna się bardzo stresować. I to co powiedziałaś, że w szkole wyjść przed klasę i zaśpiewać to było okrutne! A to powinno być właśnie odwrotnie! Śpiewać, cieszyć się, że ty możesz dać swoją radość innym, że możesz podzielić się tym, co w tobie jest najpiękniejsze w danej chwili. Tak…

A: Rozmarzyłam się, jakby to było pięknie…

O: Dojdziemy do tego zrozumienia. Bo podnosi się nasza świadomość na Ziemi i już będziemy wiedzieć, że nie ma sensu ciągle iść w kierunku wojenek. Bo uwieńczeniem kultury jest postęp. A jaki był postęp na Ziemi? Było przedwojnie, wojna, powojnie – i tak w kółko. I znów w kółko, tak jak biegają chomiki. Wszystko ku temu zdążało. Wychowanie było po to, aby skonfliktować dziecko w sobie, bo kiedy ono dorośnie będzie skonfliktowane niepomiernie i będzie „wymiotować” tylko tym, co w sobie ma. A będzie mieć bunt, lęk, przerażenie, zaszczucie i tym będzie się dzielić, czyli „zwymiotuje” tym na innych. To powoduje wojny, to powoduje, że jesteśmy tym utytłani. Wojna, przedwojnie, powojnie, i w kółko Macieju to samo.

A wychowanie, no wychowanie – nasi prarodzice mieli już wkodowane takie wychowanie ku konfliktom, więc cóż mieli nam przekazać? Przekazali nam swój ból, swój lęk, swoje przerażenie, swoje zaszczucie, swoją niepewność. Takie mieli wychowanie. Nikt nie znał innego – od wieków, wieków. I instytucje, np. religijne – one w imię miłości do Boga właściwie się zwalczają. Bezwzględnie. Zamiast to co jest w religii – miłość, prawdziwie to jest miłość. Ale – w imię miłości do Boga pozabijam Jego dzieci.

A: Tak, różne święte wojny…

O: Święte wojny, w imię miłości do Boga, tra la la. Zwalczają się wzajemnie, zamiast powiedzieć: to nieważne jakie to wyznanie, jak to się nazywa. Bo fundamentem każdej religii jest miłość. Miłość jest religią, a nie te instytucje, które się pod to podłączyły, ale z tą miłością nie zawsze mają po drodze, nie zawsze nam to przekazują i tego uczą – no raczej nie… A: No myślę, że tu jest taka kwestia, że człowiek, który kocha siebie, który jest świadomy, nie da sobą manipulować. A  podatność na manipulację jest na rękę wielu instytucjom…

O: O właśnie! Jeśli człowiek siebie kocha, to nie da sobą manipulować. Dlaczego nasze związki na planecie Ziemia tak się rozpadają? Związki międzyludzkie? No tak, bo pogardzamy sobą. A gdyby człowiek siebie pokochał – siebie – no to automatycznie ma takie same uczucie do innych obok siebie.

A: A co to znaczy kochać siebie? Powiedz mi, bo często o tym czytamy, słuchamy (ale czy rzeczywiście rozumiemy co to znaczy?)

O: Nie pogardzać. (weszłam Ci w słowo:) Nie pogardzać sobą. Zacząć od tego, aby przypomnieć sobie jakie mamy myśli o sobie: nie dam rady, nie potrafię, nie umiem, no już jak ty coś zrobisz / ty idioto / ty matole / ty tumanie – słyszymy to w sobie. Jak się nam coś nie uda, to od razu bryzgamy w siebie całą „wiedzą” negatywną.

A: Tak, a czasami nawet wcześniej, nie czekamy aż nam się coś nie uda, tylko nie podejmujemy czegoś, bo „o Boże, co jak mi nie wyjdzie, co oni pomyślą, nie potrafię, nie umiem, nie dam rady”.

O: Tak jest. I teraz wyobraź sobie, że to sie tak w tobie rozkrzewiło i teraz wyciągnij z siebie te myśli negatywne. Oddaj to Matce Ziemi. Ja robię takie ćwiczenie – bardzo proste, śmieszne. Mianowicie – wyobraź sobie cytrynę. Na zrozumienie, że myśl jest stwórcza. Albo niestety, albo na szczęście. Niestety, bo kiedy zaczynamy myśleć „nie dam rady”, „nie potrafię”, no to to się w nas pojawia. A teraz wracam do cytryny. Cytryna. Wyobraź ją sobie, umyj ją. Jest taka żółta, ładna. Taka chropowata. Widzisz to? Weź nóż, przekrój – widzisz to?

A: Cieknie sok…

O: Tak, płynie sobie. Przyłóż do buzieńki i zacznij ją gryźć. W imaginacji. Co się dzieje w ciele? Ciało odpowiada.

A: Tak, więcej śliny napływa.

O: Od razu masz ślinę, a przecież nie dostałaś, nie jesz tego. Czyli myśl jest stwórcza. Stwarza wszystko to, co my doświadczamy. Czyli trzeba 5 razy pomyśleć, zanim pomyślimy (śmiech). Tak… bo nam się przydarza myślenie, niestety, negatywne non stop. „Nie dasz rady, nie potrafisz”. No to jak nie dasz rady, nie potrafisz – to masz rację. I do tego się już całość twojego życia sprowadza. My jesteśmy drogą, którą idziemy. My jesteśmy tą drogą, którą stworzyliśmy myślami, uczuciami. I my nią podążamy. I my nią jesteśmy. Dlatego czas najwyższy, żeby zmienić wszystko co jest negatywne w pozytywne.

Więc oddech… Czym jest oddech? Oddech jest miłością Stwórcy do nas. Oddech… Jest tchnienie – natchnienie. Razem z tchnieniem przychodzą do ciebie myśli pełne miłości. Właściwie to my jesteśmy tylko oddechem i właściwie na Ziemi mamy tylko oddech. Kiedy już nie ma oddechu w tym instrumencie, czyli w tym ciele, no to chłopcy będą mnie utylizować, mnie, ciebie i tak dalej.

A: Tak, masz rację, bo jak zostaje ciało, to nie ma tego człowieka w nim…

O: Nie ma, nie ma. Bo jest duch, który jest, rezyduje w tym ciele. Potem wysnuwa się i wychodzi. Na przykład ten oddech. Kiedy zezwolisz sobie świadomie, żeby on w ciebie sam wpłynął, nie że ty go łapczywie bierzesz – nie, on wpływa w ciebie. Nie tylko wpływa dalej do płuc, ale odczuwasz że wszystkimi porami skóry ty pobierasz ten oddech. Czujesz błogość, czujesz spokój, czujesz zachwyt. Kiedy nasycisz się błogością, nasyciłaś się miłością dla siebie! A kiedy jeszcze wyobrazimy sobie, że mamy taki złocisty, żarzący się okruszek, taką okruszynkę złocistą w płucach, w sercu, i wdychasz na ten złocisty okruszek, rozdmuchujesz, rozżarzasz go swoim oddechem – poczujesz ciepło w całym ciele. A jeszcze jak wdychasz taką myśl „Z Doskonałości, z Miłości jestem, z Zachwytu, z Radości jestem” – że ja z tego jestem, to rozchodzi się po całym naszym ciałku i uzdrawiamy to nasze ciało.

Nie wprowadzisz fekalii do siebie z cyklu „byle jaka jesteś, ” byle co”. Bo wiemy, że oddech jest miłością do nas, dla nas. Wdychając na ten żarzący się węgielek, złocisty – rozprzestrzeniasz to po sobie. Wypłukujesz fekalia negatywnych myśli wszystkich „panów Józków”. Używam słowa „pan” od „panowania” – pan, pani – od panowania. On panuje nad tobą. Kiedy zezwalasz sobie, żeby ten cud oddechu Ciebie nasycał, absolutnie nie przyjdzie do Ciebie żadna negatywna myśl od „pana Józka”. Nie. I twoje komórki są wypłukiwane z tych fekalii negatywnego myślenia, negatywnych myśli, które nam, małym dzieciom wpajano. No bo trzeba małe dzieci uklepać, powiedzieć nieprawdę im, że są byle jakie, byle co, byle gdzie, byle jak.

A: Czasami te negatywne myśli są tak głęboko zakorzenione, że nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć, że to „nie potrafię” to pochodzi np. ze szkoły. Zdarza się, że one siedzą tak głęboko, że przyjmujemy je za taką „prawdę oczywistą”. np. odkąd pamiętam, odkąd sięga moja świadomość, to miałam w sobie taką myśl, że mam brzydki głos i nie umiem śpiewać. I to stanowiło dla mnie wielki problem w szkole, przy śpiewaniu na ocenę zwłaszcza. Bo miałam w sobie cały czas to przekonanie, że przecież ja nie umiem śpiewać. I widziałam też potwierdzenie tego „na zewnątrz”, bo niektóre koleżanki z klasy śpiewały ładnie, wysoko i nie fałszowały, a mnie się zdarzało zafałszować i nie umiałam tak wysoko śpiewać. Tak rzeczywistość „potwierdzała” moje myśli. Dopiero jak zostałam mamą, gdy dzieci były małe, zaczęłam patrzeć inaczej na wiele spraw, uświadomiłam sobie, że po pierwsze – nie mam brzydkiego głosu, mam taki głos, jaki mam. I to jest tylko taka ocena, bo niektórzy mówią, że mam ładny głos i „odczepiałam się” od tego. A to, że nie umiem śpiewać, to dlatego, że nigdy nie śpiewałam, bo zawsze mi się wydawało, że nie umiem. A poza tym, to nikt mnie nigdy nie uczył. Bo też mi się wydawało, że albo się umie śpiewać (jak moje koleżanki z klasy), albo się nie umie – jak ja. Więc zdaje mi się, że gdzieś z głębokiego dzieciństwa budujemy sobie obraz świata, w którym żyjemy i naprawdę potrzeba wielu lat i takiego trochę „krytycznego” myślenia, żeby sobie to wszystko „zdemontować” i zacząć budować od nowa.

O: Właśnie to powiedziałaś – krytycznego myślenia – nie, właśnie zaniechać krytykowania siebie!

A: Powiedziałam „krytycznego” w sensie analitycznego – podważania pewnych „oczywistości”.

O: Tak, rozumiem, naturalnie. Bo my ciągle siebie krytykujemy. Byliśmy krytykowani. Dziecko zaśpiewało „yyyyy” i nagle słyszy: „nie, ty nie potrafisz, nie umiesz”. Zezwolić aby dziecko śpiewało tak jak zechce. A potem będzie chciało spróbować – a, to ja się teraz tego nauczę, a teraz tego… To jest inne podejście. A nie że ty musisz – stąd – dotąd i dwója! Inaczej nie wolno! Więc edukacja, wychowanie, cała kultura była nastawiona na konflikt, konflikt, konflikt. Czas się z tego „wysnuć” tak jak się wysnuwa motyl z kokonu. I już. Zachwyt sobą to jest zgoda na siebie jako istotę duchową, która jest z doskonałości doskonałością. A nie wybrakowanym brakiem z braku. Zachwyt sobą to jest zgoda, że ja jestem z radości radością, z nie bólem z bólu. Powiedziano nam, że Bóg to cierpienie – jak to cierpienie? Popatrz na te przepiękne liście, trawy…

A: Tak, zwłaszcza teraz… na wiosnę :)

O: Prawda? Czujemy… Te ptaszki, które tak śpiewają niepomiernie…

A: Bogatki już od lutego :)

O: Dokładnie! Każdy ptaszek – każdy ptaszek – pracuje dla dobra całej Ziemi. Całej. Bo dźwięki pomagają wychodzić liściom z krzewów, z drzew – na zewnątrz; kwiatom… One śpiewają, śpiewają, śpiewają – aż to wszystko się rozwinie. Wtedy już zaniechają śpiewania. ciągle to powtarzam, ciągle o tym mówię – ponieważ te ptaszyny pracują dla dobra całości – nie tylko dla siebie. Bo teraz na te przepiękne kwiaty wyjdą malutkie owady i będą zapylać – i znowu te malutkie owady pracują dla dobra wszystkich i nie można ich traktować randapem czy czymś tam. Bo ich nie będzie i kto to będzie zapylał? My? My będziemy zapylać? Żeby moc cokolwiek zjeść? Jakąkolwiek roślinkę, owoce?

Wiec kiedy się myśli wycinkowo – tylko dla mnie, tylko dla mnie – to to jest przeciwko. I tak ludzie zniweczyli Matkę Ziemię, której się należy cześć, a nie „czyńcie sobie ziemię poddaną” – co za głupota niepomierna! Ona jest matką, która nas żywi, o nią trzeba dbać. Bo zwróci nam to samo, co myśmy jej dali – i zwraca, i zwraca… Zatrute rośliny jemy, zwierzęta zjadają to samo, ludzie zjadają zwierzęta i się niweczą… Krótka piłka, hm?

A: Świadomość…

O: Wraca wszystko to, zawsze, co posiejemy. Siejemy ból, przerażenie, cierpienie – to zbieramy. Ale – zacznijmy od siebie. Bo nie uzdrowimy świata, póki nie uzdrowimy siebie – będziemy tym emanować, będziemy się tym dzielić. Zawsze trzeba zacząć od siebie. Kiedy ja sobą gardziłam, poniewierałam niepomiernie, któregoś dnia pomyślałam: wystarczy już tego poniewierania, bo nie przetrwam już dalej. Ale dzięki temu że ja śpiewałam, to zawsze byłam w jakiej takiej równowadze. Jakiej – takiej. Potem bardzo świadomie zaczęłam rozumieć, czym jest ten oddech. Ja dzięki oddechowi, dzięki oddechowi istnieję – i mogę śpiewać, mogę mieć moc w sobie, mogę żyć. Nie ma oddechu – nie ma niczego.

A: Ciekawe co powiedziałaś, bo mi to się od razu skojarzyło z takim moim przeświadczeniem. Bo ja mało śpiewałam, prawie wcale, bo miałam takie przekonanie że nie potrafię i mam brzydki głos, co mnie wpędzało we wstyd. Ale w pewnym momencie poczułam, że chciałabym zaśpiewać pełnym głosem, bo miałam taka intuicję, że jak tak zaśpiewam, to poczuję moc, której do tej pory nie byłam w stanie doznać. Taka moc płynącą z siebie.

(Olga kiwa głową)

O: Tak, tak… Taka jest prawda i każdy to doświadczy – wcześniej lub później. Najważniejsze jest zrozumienie, że za pomocą oddechu my możemy wszystko. Za pomocą oddechu ludzie tam wspinają się na Mount Everest czy jeszcze gdzieś indziej – prawda? Za pomocą oddechu podnosimy, dźwigamy ciężary – za pomocą oddechu porozumiewamy się z innymi ludźmi. Wszystko za pomocą oddechu – jaka wielkość jest w tym. Dlaczego jest wielkość? Bo tam jest miłość. Miłość oddechu zezwala nam na to wszystko.

A: Często do tego nie sięgamy. Myślę o takiej pracy biurowej, siedzącej, kiedy nie ma tego ruchu, który wymusza głębsze oddychanie. I jeszcze dochodzi do tego stres, który powoduje przykurczenie i tak siedzimy (naśladuję szybki, płytki, łapczywy oddech) „o Boże, nie zdążę, nie zdążę… na za pięć dwunasta, jeszcze tyle do zrobienia…” (śmiech)

O: Tak… Zostaliśmy ukrzesłowieni. Siedzisz parę godzin bez ruchu, a ruch to życie. Brak ruchu, to … Ruch, ruch i śpiewanie. Dlaczego te ludy wschodnie – daleko tam na wschodzie – żyją sto lat w zdrowiu. Dlaczego? Bo ciągle śpiewają, ciągle chodzą, chodzą, chodzą – i się cieszą. Nie ma w nich zawiści, zazdrości. Bo zawiść wynika z poczucia niegodności. Ja jestem niegodna, ona jest godna i ona jest lepsza, ja jestem gorsza… I już jest zawiść. Bo my nie wiemy, ze to, czego zazdrościmy temu komuś już jest we mnie. Ja jestem iskrą z boskości i on jest iskrą z boskości. I że każdy z nas jest niepomiernie wspaniały. Niepomiernie wspaniały… i teraz: „no ja nie wiem, czy… jestem niepomiernie wspaniała. No na pewno nie jestem!:” I wchodzimy w taką zawiść, zawiść, która nas rujnuje, niweczy – absolutnie. Raka można wyleczyć szybko. A z zawiści, z zazdrości, z tej choroby ludzkości wolniej się wysnuwamy. Ale trzeba rozpocząć od wyrzucania z siebie tych rozkrzewionych myśli negatywnych o sobie. Kiedy to wyrzucimy, nie będzie zawiści, nie będzie zazdrości – proste?

A: A, i jeszcze myślę, że pierwszym krokiem będzie w ogóle zauważyć że takie myśli sobie snujemy. Bo często jesteśmy w pędzie. Myśli sobie płyną, a my nawet nie jesteśmy świadomi, że je „produkujemy”, nam się wydaje, że one już takie są.

O: Produkujemy to, co w nas jest. Kiedy jesteśmy „przyspawani” (do tego sposobu myślenia) i te myśli są takie negatywne i do tego jesteśmy „przymocowani” to ciągle to samo myślimy. Kołowrotek, w kołowrotek wchodzimy. Natomiast kiedy zezwolisz, ZEZWOLISZ, żeby oddech ciebie nasycił, a nie ty bierzesz oddech – nie – zezwolę. I poczujesz spokój, poczujesz błogość. Mędrcy mówią, że na dobę mamy 21 600 oddechów błogości pełnych. Jeżeli się nad tym pochylimy, i zrozumiemy, że w ciągu nocy będzie połowa z tego, a połowa będzie na dzień, i że my cały czas możemy trwać w błogości, to tylko zezwólmy sobie na to. I to jest najwyższy stopień medytacji. Możesz iść, możesz stać w miejscu., Zezwolić sobie na błogi oddech – żeby ciebie nasycił. Nie ma dostępu do ciebie żadna negatywna myśl. Nie przebije się przez błogość. Nie przebije się do nas. Jesteśmy w ukojeniu, uspokojeniu, możemy dużo, dużo dobra zrobić – dla siebie, dla innych…

A: Wydaje się to takie proste i po części pewno proste jest. Powiedz, jak to się stało – czy pamiętasz czy to był taki moment, czy taka faza w Twoim życiu, że zaczęłaś dostrzegać takie rzeczy i zmieniać… się.

O: (śmiech) Powinnam odpowiedzieć czy na piątą, pięć po siódmej? (śmiech)

A: Nie, powiedz tak jak chcesz… :)

O: Kiedy bierzesz łapczywy oddech, to cała jesteś napięta, napięta. No i co ci to daje. Nie za dużo, nie za dużo. Kiedy zezwolisz, żeby oddech ciebie nasycił, i zezwolisz, żeby ten głos który z siebie wydobywasz – pieścił twoje płuca i rozżarzał ten złoty, złoty węgielek w tobie, orientujesz się, że masz bardzo długi oddech… Ze nie wywalasz go z siebie, szybko, żeby się go pozbyć i znowu bierzesz następny – bierzesz! Łapczywie! Nie! Zezwalasz, zezwalasz i dźwiękiem siebie pieścisz. I wtedy zaczynasz rozumieć, że już nie będziesz śpiewać pieśni smutnych, smutasowatych, bo wtedy to w siebie bierzesz. Mając taki oddech albo zaczniesz śpiewać, szukać piosenek, pieśni radosnych, albo – sama je tworzyć. Intencja jest ważna. Ty chcesz być w zdrowiu zdrowa, czy ty chcesz chorować. Wybór należy do nas.

A: A ty mówisz teraz o drugiej ważnej rzeczy. Bo najpierw mówiłaś o myśleniu – jakie myśli w sobie hodujemy takie mamy życie, a teraz o emocjach…

O: To jest to samo.

A: Myśl powoduje pewne emocje. Ale też sama piosenka… Mam wrażenie, że muzyka ma w sobie taką niezwykłą moc wzbudzania w nas pewnych emocji. Jeśli jest smutna, albo słowa są smutne, opowiadają smutne historie…

O: „Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie” i cały czas ból, do bólu i jeszcze mu dowalą jego koledzy…

A: Jeszcze go stratują koniem… (śmiech)

O: I że to jest takie dobre – śpiewać dramata wszelakie, ach dramat to jest coś wyższego niż komedia ;)

A: Kiedyś moja babcia śpiewała dużo tych wojennych piosenek, a teraz zdaje mi się dużą popularność zdobywają piosenki o tragicznej, niespełnionej miłości – tego jest na tony na listach przebojów (śmiech)

O: Nie wprowadzać tego do siebie. ja to nazywam „fekalia”, bo kiedy zrozumiesz, że wszystko co jest negatywne, wszystko co jest nastawione na ból, zaszczucie, niepewność – co ci to daje, i co to daje innym? Czas najwyższy, żeby siebie chronić. Chronić, czyli pokochać się – nie dopuszczać taki fekalii do siebie. A nie dopuścisz, kiedy w tobie jest radość, jest światło, jest spokój – to to się odbije od ciebie i ty tego nie wchłoniesz. A jeśli w tobie jest ból poprzez ból do bólu w ból to będziesz to nabierać, te fekalia wkładać w siebie. Acha… Po co nam to? Już czas z tym skończyć. Nie idźmy w nową wojenkę. Jeśli będziemy chronić siebie to automatycznie tym emanujemy, emanujemy tym co w sobie mamy. A mamy radość. I odbija się od nas wszystko to, co jest nam nie służące… dobrem.

A: Czyli podstawą jest radość, miłość do siebie i zachwyt.

O: Tak.

A: Mówiłaś też, że błąd jest arcymistrzem w rozwoju. wiele razy to powtarzałaś na swoich warsztatach. Bo myślę, że ten powrót do dziecięcego zachwytu sobą i światem to nie jest tak, że ja sobie postanawiam i to się już dzieje. To jest też proces. Pamiętam, że na twoich warsztatach to był dla mnie trud, i proces, żeby przy każdym błędzie nie popadać znów w ten schemat: „o Boże, Boże, oni ładnie (śpiewają), a ja brzydko”, tylko zachować tę radość i ten brak osądu…

O: … i podziękować sobie za błąd. Zobacz – podziękować sobie. Ja żeby móc rozszerzyć swoją skalę głosu, to nie mogłam się katować osądem. Zrobiłam tak – tyle, acha, acha, to tak to jest… A zrobię tak, a zrobię inaczej. Jak to będzie? Zaciekawienie, a nie osąd, że mi nie wyszło. Tylko jak to będzie jak tak, a jak to będzie jak tak? A co się stanie jak ja rozluźnię żuchwę, a co się stanie, jak ja przesunę główkę w lewo albo w prawo? A co jak ją podniosę, tak jakbym prosiła mamusię, tatusia – oni są tacy duzi… tacy duzi, daleko… I moja gardziel jest cała otwarta i bezpośrednio dźwięk wpada do serca – jak to jest? Jak to jest? Zaciekawienie, a nie osąd. Czas skończyć z tym osądzaniem. Są sądy od tego (śmiech), my już siebie nie osądzajmy. Szkoda nas. Zbyt jesteśmy doskonali.

Trzeba to sobie uświadomić, że doskonałość to nie znaczy, że ja mam nos ładny – czyli fizyczność – czyli młode ciałko dwudziestoletnie – prawda? W takiej jesteśmy cywilizacji, takiego samoudręczenia – że dziecięta piękne, młode mówią, myślą, że nie są zbyt dobre i trzeba coś poprawić, trzeba iść do lekarza, to on coś poprawi, coś wkropi, doda… Może mi powiększy ust maliny, no wszystko jedno – coś tam, coś tam. A jest doskonała, jest wspaniała! Ale nie – ona widzi mankamenty, ona widzi, że nie jest „dość”… A my jesteśmy doskonali jako istoty duchowe, które zawiadują tym ciałkiem fizycznym. To my mamy ciało, a nie ciało ma nas – prawda? To jest moje ciało, to jest moje kolano. Kim jest ta istota, która mówi „to jest moje ciało, to jest moje kolano”. To jest istota duchowa, która jest z Doskonałości Doskonałością, która jest Światłem ze Światła, która jest Mocą z Mocy, która jest Radością z Radości. A nie to co się nam wmawia… I wtedy dziecięta nasze myślą, że nie są dość, nie są dość i ciągle nie są dość. Bo patrzą jedno tylko na „skorupkę”. „Skorupkę” zostawimy Matusi Ziemi, bo ona nam dała siebie, żeby to ciałko zostało rozbudowane. Natomiast my jesteśmy doskonali. I trzeba to sobie uświadomić, że wysnujemy się z tego ciała i pójdziemy dalej.

I tak na przykład kiedyś słyszałam, że dźwięk się starzeje… To znaczy, że jak będziesz miała klimakterium, no to ci się obniży oktawę, dwie oktawy; ludziom się obniżają te głosy, tak, tak… Jak to? Ja podobno przeszłam jakieś klimakterium (śmiech) i nic mi się nie obniżyło. Mało – ja tak samo śpiewam dzisiaj, jak wtedy gdy miałam 60 czy 70 wiosenek… A dlaczego nie? Bo co? Bo dlatego, że „pan Józek” tak powiedział? Nie… Od nas zależy – od nas, czyli od tej istoty duchowej, która zawiaduje tym ciałem, żeby było sprawne. A kiedy jest sprawne? Kiedy je kochamy… Kiedy kochamy siebie. Trzeba się nad tym pochylić, trzeba się nad tym zastanowić, że my jesteśmy ze sobą do końca naszych dni. Więc dlaczego mam sobą gardzić, poniewierać… Zobaczmy jak związki międzyludzkie się rozpadają. Dlaczego? Dlatego że każdy sobą poniewiera, więc do jakiegoś tam momentu się wytrzymuje wespół-zespół razem, a potem się te związki rozpadają i znowu bierzemy następną istność, i znowu następną za jakiś czas…

A: … bo tu jest znów mit miłości, że ta druga osoba jest brakującą połówką, która nas dopełni (śmiech Olgi) i wyrówna wszystkie braki, i da nam to, co sami nie jesteśmy w stanie sobie dać (śmiech Olgi)

O: Dokładna głupota! A to my mamy wszystko w sobie! Kiedy siebie kochamy możemy dopiero pokochać innego człowieka… A o tym się nie wie w młodości, nie wie, i dlatego tak się kaleczymy wzajemnie wszyscy… A po co? Kiedy można siebie najpierw pokochać, wtedy przyciągniesz osobę, która ciebie pokocha. Kiedy sobą gardzisz, przyciągniesz taką osobę, która tobą będzie gardzić. I będzie ci to ciągle przypominać. No więc czas najwyższy, żeby pokochać siebie. Na resztę swoich dni.

A: Chciałam jeszcze zapytać o wytrwałość. Bo mam wrażenie, że to jest kolejny mit, że jeśli ta ciężka praca jest taka zła i mamy się cieszyć, no to „samo przyjdzie”. I to szybko. Czy tak jest?

O: Więc wytrwałość… wytrwałość. Sprawdzasz – raz taki dźwięk, a raz taki. Raz tak wydobyty, a raz tak. Raz tak, a raz – tak. Dziesiątki, setki, tysiące razy. Powtarzasz, sprawdzasz. Nie osądzasz siebie. Bo jeżeli osądzisz siebie negatywnie – że: nie dam rady, nie potrafię. E… bez sensu! Po co mi to. dam sobie spokój i wystarczy. A ty – nie. Ja nie ustawałam w szukaniu – a to tak, a to tak, a może inaczej… Wytrwałość w ćwiczeniu. Ćwiczyłam na przykład po nocach bardzo długo… Brałam klucz na portierni w Wyższej Szkole Muzycznej i wieczorami, nocami – bo wtedy już była wolna szkoła, można było ćwiczyć, „wrzeszczeć” ile wlezie. I tak sobie ćwiczyłam, tak sobie sprawdzałam. Pani portierka była zadowolona, że nie była sama w ciągu nocy. Ja jej śpiewałam, no i tak, przez te całe studia, oprócz tego co się uczyłam w szkole bardzo pięknie, ale „stąd – dotąd” – to mnie to było za mało. Dlatego byłam taka ciekawa – a co tam dalej, a jak ja to inaczej mogę – może tak, a może jeszcze inaczej. No. I tak się zachwycałam każdym maleńkim osiągnięciem, maleńkim osiągnięciem. Że dziś zrobiłam 1/4 tonu wyżej niż wczoraj, niż 5 dni temu. Zachwyt. Każdy, powiedzmy wspinający się po górach – on wie, co to jest wytrwałość. Każdy ćwiczący cokolwiek – biegi i tak dalej – on wie, co to wytrwałość. I tak samo jest tu – wytrwałość. Zachwyt w wytrwałości.

A: Jak Ciebie słucham, to przychodzi mi na myśl takie słowo „oddanie”.

O: Dobre…

A: Że to jest nie zrażanie się, gdy przychodzi brak postępów, czy jest nie tak jak bym chciała. I ciągła ciekawość, ciągłe próbowanie. Że „to coś ze środka” musi to powodować – i ciekawość i to oddanie, to poświęcenie się czemuś, w sensie – oddaniu się czemuś – jakiejś sprawie, jakiemuś działaniu. Bo to jest tak ważne, tak bardzo głęboko związane z „istnością”, że się to robi. Bo czasami może być tak, że mamy nagrodę, że nas cieszą postępy, a czasami są też, zdaje mi się, takie momenty, gdy jest „posucha”. I żeby właśnie przejść przez to, pójść dalej…

O: Tak… Bo to jest takie normalne – traktujemy to jak dzień i noc. Jest dzień, jest noc – proste? Proste. No, i to by było na tyle. Przez jakiś czas nic nie wychodzi, a potem tak… a potem tak… I takie zezwolenie sobie na brak tego, nie wiem – rozwoju, postępów. Zezwolenie – że teraz to mi jeszcze to nie wychodzi, ale, ale, ALE WYJDZIE. Absolutna wiara w siebie.

A: Właśnie, świetnie, że o tym mówisz, bo chciałam jeszcze o to zapytać, bo na warsztatach powtarzałaś, że nie wydałabyś z siebie tych wysokich tonów na granicy słyszalności, gdybyś nie wierzyła w siebie. Powiedziałaś: „Gdybym zwątpiła w siebie, to nie byłabym w stanie tego zaśpiewać”.

O: Tak. Bo gdzie jest wiara w siebie, tam jest miłość do siebie. A co to jest miłość – to jest brak pogardy, to jest brak niweczenia siebie. To jest miłość – że ja dam radę. Jak to mogę nie dać rady? Skoro ja jestem z … i tu mówisz: ze Światła, z Miłości, z Radości –  czyli z Boskości, czyli – z Mocy! To jest ta wiara w siebie. To jest miłość do siebie. A gdzie jest miłość – jak już mamy miłość do siebie – to mamy spokój w sobie. A nie, że ciągle jestem w zadyszce. Nie – spokojnie to zrobię. To trzeba zrobić, to to zrobię. I zrobię więcej jeszcze. Bo jestem w spokoju. A jak jestem w spokoju, to dopuszczam do siebie te myśli, które przychodzą razem z oddechem, czyli z tchnieniem – natchnienie, czyli te dobre myśli o mnie. Nie przychodzą wtedy te złe, jadowite, powiedziałabym – od żmii. Nie, one takie nie przychodzą, nie.

Jeszcze co jest bardzo ważnego – żeby wybaczyć. Wybaczyć sobie wszystko i wybaczyć tym, którzy nas niewyobrażalnie skrzywdzili, bo jak mówił Chrystus – wybaczcie, bo „nie wiedzą, co czynią”. Więc kiedy nas tak skrzywdzono, nie trzymajmy tej krzywdy, czyli tych fekalii w sobie. Wybaczmy to, bo wtedy już nie ma w nas tego czegoś, co by przyciągało… Popatrz – ktoś mnie skrzywdził kiedyś, a powiedzmy – 30, 40 lat temu. I ja przez te 30 – 40 lat trzymam to w sobie. On mnie, czy ona mnie skrzywdziła raz, a ja siebie krzywdzę z każdą myślą. Czyli jest ważne, że jeśli mnie ktoś skrzywdzi dziś, to ja mu już dziś wybaczam, żeby nie dźwigać tych fekalii w sobie – które będą mi przypominać – „nie jesteś dość dobra”, „jesteś beznadziejna, głupia idiotka, tra la la”. Nie – nie, nie, nie – od razu to z siebie usuwamy. Od razu, od razu, od razu. Czyli wybaczenie jest niewyobrażalnie ważne dla nas, dla naszego zdrowie – na poziomie emocjonalnym, mentalnym, fizycznym. Bo słowo – czyli myśl skrystalizowana – to słowo nas buduje. I takie mamy ciało fizyczne, jakie są nasze myśli. Albo jakie myśli do siebie przywołujemy – cudze, itd., negatywne. Albo – pozytywne. Myśl, uczucie z ta myślą, słowo razem z tym uczuciem – buduje nas. Albo spala.

A: Pięknie to zabrzmiało. Chciałam jeszcze tak na podsumowanie zapytać. Prowadzisz warsztaty „Laboratorium głosu”, uczysz też młodzież w szkołach muzycznych (i teatralnej). Co Cię do tego skłoniło? czy to była dalsza droga ewolucji jako muzyka, czy tez chęć dzielenia się tym, co odkryłaś dla siebie?

A: A co sprawia że to robisz, że uczysz? Dlaczego?

O: Uwielbiam się dzielić tym, co w sobie mam. Proste. Ponieważ coś wymyśliłam jeszcze, no to trzeba to rozdać, tak jak ptaszek rozdaje swoje dźwięki, po to, żebyśmy wszyscy potem mogli z tego korzystać. Tak samo ja rozdaję to, co wymyśliłam, może nie wymyśliłam, a co do mnie przyszło… jako tchnienie – natchnienie. Niech to idzie w przestrzeń i niech to znowu ktoś to sobie z przestrzeni ściągnie razem z oddechem.

A: Byłam na Twoich warsztatach i powiem Ci, że to było bardzo transformujące przeżycie i bardzo Ci jestem za to wdzięczna.

O: Sobie podziękuj. Bo zechciałaś przyjść…

A: A ja Tobie dziękuję za wspaniałą, cudowną rozmowę, za to, że zechciałaś przyjść (śmiech) i podzielić się tym wszystkim…

O: Super, bardzo, bardzo dziękuję. Wszelkiego dobra życzę.

A: Tobie też, wszystkiego, wszystkiego dobrego. Dziękuję.


Obróbka audio i montaż: Sławomir Bednarczuk

Fot. Jacek Kowalski

Music by: JewelBeat.com

Podcast jest dostępny:

na blogu
na iTunes – dla użytkowników iPhone’ów i iPad’ów
poprzez specjalny RSS

Ocena podcastu

Jeżeli lubisz podkast „Kurs na pasję” i chcesz podzielić się swoją opinią, proszę napisz recenzję w iTunes. Każda ocena sprawi, że podcast będzie bardziej widoczny i więcej osób będzie mogło się z nim zapoznać:)

Jak wystawić ocenę w iTunes? w wyszukiwarce iTunes lub w aplikacji Podcasty (lub innej, której używasz w telefonie) odszukaj podkast „Kurs na pasję”, kliknij na okładkę, a potem wejdź w zakładkę „Oceny i recenzje”. Wybierz opcję „Napisz recenzję”. I napisz szczerze swoją opinię o podkaście.